Il Divo – Polskę też oczarowali – w magazynie "Kontury"

Il Divo – Polskę też oczarowali
W tym roku mija dekada od powstania jednego z niewątpliwie ciekawszych projektów muzycznych dwudziestego pierwszego wieku. Dziesięciolecie istnienia obchodzi międzynarodowa grupa wokalna Il Divo, składająca się z trzech tenorów: Szwajcara Ursa Bühlera, Amerykanina Davida Millera i Sebastiena Izambarda z Francji, a także hiszpańskiego barytona Carlosa Marina. Z tej okazji panowie ruszyli w trasę po Europie „The Greatest Hits Tour” wspólnie z brytyjską mezzosopranistką Katherine Jenkins. A co najważniejsze – trasę otworzył koncert właśnie w Polsce, na gdańsko-sopockiej Ergo Arenie.
Il Divo jest grupą specyficzną nie tylko dlatego, że międzynarodową. Składa się ze śpiewaków operowych, którzy w repertuarze mają przede wszystkim klasyczne przeróbki znanych popowych przebojów. Są to nie tylko hity z list przebojów, ale też piosenki z musicali (w tym ze słynnego „Upiora w operze „Andrew Lloyda Webbera) i filmów (łącznie z evergreenem Celine Dion – „My heart will go on” z filmu „Titanic” i „I will always love you” Whitney Houston z „Bodyguarda”). Urs, Carlos, Sebastien i David wydają się zdolni do stworzenia operowej perełki z każdego utworu i tylko patrzeć, jak wezmą na warsztat przeboje Lady Gagi.
To nie pierwszy występ Il Divo w Polsce, a zespół ma tu już grono zdeklarowanych fanów, a mimo to obawiałam się o frekwencję na koncercie. Popopera nie jest gatunkiem szeroko w naszym kraju rozpowszechnionym, zaś bilety na Ergo Arenę nie należały do najtańszych. Dość powiedzieć, że miejsca na wysokich trybunach – przy braku telebimów – kosztowały rzędu dwustu złotych. A jednak, co zadziwiające, hala przy Placu Dwóch Miasta wypełniła się niemal w całości, do tego stopnia, że pojawili się widzowie na miejscach stojących. Już ilość publiczności świadczy o sporym sukcesie koncertu otwierającego trasę międzynarodowego kwartetu.
Niektórzy wykonawcy zostawiają najlepsze utwory na deser. Il Divo zaczęli od mocnego uderzenia: na pierwszy ogień poszła brawurowa przeróbka „My heart will go on”. Bardzo lubię wykonanie Celine Dion, chociaż kilka lat temu moje serce podbiła popoperowa wersja autorstwa Vittorio Grigolo. Jednak i oryginał, i przeróbka bledną w obliczu tego, co zrobili chłopcy z Il Divo. Dość powiedzieć, że nie byłam jedyną osobą, która uroniła łezkę. Propozycja na początek muzycznej uczty – znakomita. Carlos, Sebastien, Urs i David zaserwowali nam spektakl jak z Hitchcocka – z trzęsieniem ziemi na początku i napięciem rosnącym, by sięgnąć zenitu podczas bisów. Obok pozycji obowiązkowej w repertuarze każdego operowego artysty – Caruso – oraz znanych coverów takich jak „Solo otra vez” (hiszpańska wersja „All by myself”, utworu pierwotnie nagranego przez Erica Carmena, chociaż najbardziej rozpowszechnionego przez Celine Dion), „Heroe” („Hero” Mariah Carey), „Regresa a mi” (cover „Un-Break my heart” Toni Braxton) pojawiły się zarówno oryginalne kompozycje specjalnie dla Il Divo (w tym „La vida sin amor” oraz „Mama”, singiel z pierwszego albumu), jak i dwa absolutne must-have’y: „Nella fantasia” oraz wykonane na pożegnanie wraz z Katherine Jenkins „Time to say goodbye” z repertuaru Andrei Bocelliego.
Można się zastanawiać, czy koncert czterech śpiewaków operowych w garniturach nie będzie nudny dla publiki w wieku nastu-dwudziestu lat. Można się zastanawiać, póki nie zobaczyło się na żywo Il Divo. Faktycznie, większość zgromadzonej w hali publiczności przekroczyła już czterdziestkę, ale i ci młodsi bawili się znakomicie. O Il Divo wiele można powiedzieć, tylko nie to, że są nudni. Między piosenkami bawili słuchaczy refleksjami na tematy męsko-damskie („W małżeństwie jest jedna osoba, która ma zawsze rację. A ta druga nazywa się mąż.”), wyznaniami miłosnymi skierowanymi do całej żeńskiej części publiczności i komentarzami odnośnie pluszowego misia, który przewrócił się, bo ponoć był pijany. Przy „La vida sin amor” zrobiło się jak na kameralnym koncercie muzyki latynoskiej, a gdy na scenie zjawiła się Katherine Jenkins, hala rozgrzała się do czerwoności.
Trzeba i Brytyjce poświęcić parę słów, i to ciepłych słów. Początkowo zaskoczyło mnie, że na koncercie Il Divo mezzosopranistka wykonuje kilka utworów solo, ale jakość wykonania pozbawiła mnie wszelkich pretensji. Na uwagę zasłużyła zwłaszcza genialna przeróbka utworu „Bring me to life” z repertuaru grupy Evanescence, nie tylko w mojej opinii zaśpiewana lepiej od oryginału. Co dziwne, gdy później słuchałam nagrań Jenkins, uderzyło mnie, że są nijakie, a na pewno pozbawione takiej mocy jak występ na żywo, czego najlepszym przykładem jest najwyżej średnie „Tell me I’m not dreaming”, które na scenie Ergo Areny wywarło piorunujące wrażenie.
Koncert nie był perfekcyjny. Momentami coś niedobrego działo się z nagłośnieniem, wielu słuchaczom brakowało telebimów (chociaż mnie trochę zaskakują takie zarzuty, bo jak żyję, telebimów na koncercie nie widziałam). Przede wszystkim zabrakło paru utworów. Trasa nazywa się „The greatest hits”, tymczasem Il Divo wykonali głównie hity z pierwszych trzech płyt, zaniedbując wspaniałe przecież krążki „The promise” i ostatni, najlepszy „Wicked Game”, z którego zaśpiewali zaledwie jeden utwór, i to dość oczywisty – „Time to say goodbye”. ¬Jeden z sektorów przez całe bisy dopominał się o „Alleluya”, i nie bez racji, ja zaś chętnie usłyszałabym przepiękne „I believe in you”, którego chłopcy z Il Divo praktycznie nie wykonują na koncertach. Może i Katherine Jenkins to nie Celine Dion, ale głos ma wybitny i na pewno poradziłaby sobie z żeńską partią jednego z najsłynniejszych utworów grupy. Ale wszystkie te drobiazgi to moje czepialstwo, bowiem koncert był naprawdę fenomenalny i jeżeli Carlos, Sebastien, Urs i David jeszcze kiedyś odwiedzą Polskę (a twierdzili, że im się tu podoba), pierwsza stanę w kolejce po bilety. Oni i Katherine Jenkins pokazali, że nie trzeba skakać po scenie jak małpa ani rozbijać gitar, żeby zrobić świetne show, a muzyka klasyczna wcale nie musi być nudna. Wszystkie panie, które byłyby zainteresowane ujrzeniem międzynarodowego kwartetu na żywo, uprzedzam: lepiej się nie malujcie. Mój rzekomo wodoodporny makijaż wytrzymał emocje trzech piosenek, a rekonesans w przerwie pozwolił stwierdzić, że nie byłam sama z tym problemem.
Więcej takich koncertów, a Polska stanie się piękna!
Autor: Joanna Radosz 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s